Teraz będzie trochę o „trupach w szafie”

Nie, nie bójcie się nikogo nie zabiłam 😁 jak tak nazywam, rzeczy, które kiedyś zaczęłam i jakimś zrządzeniem losu nie skończyłam z różnych powodów. Nie będę ukrywać, że kilka takich mam i po przemyśleniach zamiast je wyrzucać postanowiłam dobrnąć do końca. Niestety czasami tak bywało, że nietrafione projekty trafiały do kosza. Nie mam złotej recepty na to aby wszystko szło gładko i każdy uszyty projekt był jak z żurnala a do tego nieziemsko twarzowy, więc czasami tak jest, że zaczynam z entuzjazmem, w trakcie jestem załamana i już tego nie kończę. Kiedyś takie rzeczy bez żadnego zastanowienia lądowały w koszu bo wiedziałam, ze już tego nosić za żadne skarby nie będę a czas, który miałabym przeznaczyć na skończenie rzeczy, która entuzjazmu u mnie nie wzbudza byłoby mi po prostu szkoda.

Przyznam, że wśród tych rzeczy są raczej takie, z którymi poległam na kolorystyce a nie fasonie, więc wiecie jak to jest nosić coś co kompletnie przy twarzy robi Wam źle. Z określeniem swojego typu kolorystycznego przez lata nie szło mi zbyt dobrze, więc takich „trupów w szafie” miałam swego czasu dosyć sporo. W końcu trafiłam na konto Osobistej stylistki Aleksandry Frątczak na You Tube i odkryłam jakim typem kolorystycznym jestem. Teraz mogę strzelać sobie po łapkach jak mi się zachce koloru, który kompletnie do mnie nie pasuje bo wiem kiedy to robić.

Jeszcze parę miesięcy temu potrafiłam przeglądać tkaniny w kolorystyce od której powinnam stronić bo uważałam, ze jest tak piękna i każdy w niej powinien wyglądać dobrze, ale teraz już wiem, ze niestety czasami wystarczy delikatny odcień koloru, który nie jest z naszej palety i cały plan szlag trafia.

Mam nadzieję, że pochwalę się niedługo wszystkimi „trupami z szafy” bo jeżeli były to sukienki, już nimi nie są a będą spódnicami bo jak przy twarzy robią nam źle, to można nosić je w innym miejscu z rzeczą, która przy twarzy zrobi nam dobrze 😁

Na pierwszy ogień idzie spódnica, która miała być sukienką, ale kolejne podejście do pritu panterkowego  w szarości dało mi do zrozumienia, że niestety ta kolorystyka robi z mojej twarzy cos na podobieństwo zmemłanego papieru. Nie żebym dała sobie spokój z panterkowym wzorem… o nie nie, szukam tego idealnego, może nie panterkowego, ale jakieś centki muszę znaleźć bo wiem na pewno, że gdzieś tam są a może mam już takie w szafie.

Ale do meritum. Tak jak wspomniałam wymyśliłam sobie sukienkę. Wiecie jak to jest w wyobrażeniach 😆 no i klapa, wylądowała na dnie szafy na jakiś rok. Pomysłu na początku nie było, bo się na nią po prostu obraziłam i przyznam, ze chyba na tyle chciałam wymazać ją z pamięci, że o niej zapomniałam. Kiedy mi się przypomniała  nie byłam pewna czy jest jeszcze gdzieś czy ją wyrzuciłam, ale znalazłam. Odcięłam górę i takim to sposobem powstała bardzo zgrabna spódnica.

Oczywiście mogę nosić ja z czarnym golfem bo wygląda bardzo dobrze, ale tym razem chciałam Wam zaprezentować z innym „trupem” a mianowicie z koszulą, która miała być klasyczna z kołnierzykiem na stójce. Nie wiedzieć czemu jak do tej pory biel i klasyka była dla mnie bezkonkurencyjne tak tym razem się nie sprawdziła. Zrobiłam tylko jeden mały zabieg, wyrzuciłam stójkę i kołnierzyk a na to miejsce doszyłam kilka gipiurowych kwiatów, które też znalazły miejsce na mankietach i mogę tylko rzec, że taka klasyka mi się podoba.

 

Co do wykrojów to spódnica jest mojego projektu, którą narysowałam jakieś 10 lat temu jak nie więcej, a bluzka to może nią być kazda koszulowa, która nam pasuje 😊

Tkaniny są z mojego ulubionego sklepu  Natan 

Zdjęcia są mojego autorstwa.

Tego dnia było tak pięknie i wiosennie na dowód wrzucam kwiatki 😁